Wydanie nr 6 z dnia 22.03.2018

Ze wsparciem Funduszu

Kolejne ekowindy

Nowoczesne windy, które są nie tylko szybkie i estetyczne, ale też… odzyskują prąd, dzięki czemu zasilają oświetlenie klatki schodowej i instalację domofonową? To nie melodia przyszłości. Taki sprzęt w swoich budynkach montuje bielska „Strzecha”. Do tej ekologicznej inwestycji dokłada się Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach.
W latach 2016-17 Spółdzielnia Mieszkaniowa „Strzecha” z Bielska-Białej zamontowała już dziewiętnaście nowych wind. Koszt inwestycji w budynkach wielorodzinnych wyniósł wtedy 2,35 miliona złotych. Na ten cel władze spółdzielni pozyskały pożyczkę z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach w wysokości 615 tysięcy złotych.
„Strzecha” nie zwalnia tempa, bo w tym roku przewiduje wymianę kolejnych dziesięciu wind, co ma kosztować 1,42 miliona złotych. I tym razem ma się to odbyć z wykorzystaniem środków zewnętrznych. Wszystko wskazuje na to, że spółdzielnia sięgnie po kolejną preferencyjną pożyczkę z katowickiego Funduszu w wysokości 336 tysięcy złotych.

W przyszłości zarząd spółdzielni będzie się starał o wymianę kolejnych osiemnastu wind. Przewiduje, że nowoczesne urządzenia dźwigowe będzie miało w sumie aż 48 budynków, choć windy wcześniej remontowane w części też generują oszczędności.

Jak tłumaczy Marek Drwiła, zastępca prezesa ds. gospodarki zasobami w „Strzesze”, głównym elementem wpływającym na poprawę efektu ekologicznego jest wymiana silnika windy. Stare mają moc 5,5 kilowata, a nowe – 3,3 kW. Taka zmiana powoduje nawet kilkukrotny spadek zużycia energii elektrycznej. – Innym czynnikiem wpływającym na zmniejszenie zużycia energii jest wymiana opraw oświetleniowych kabiny windy. Duże znaczenie ma również zmiana prędkości windy – dotychczas wynosiła 0,7 metra na sekundę, a obecnie wynosi 1 m/s. Dodatkowo w wyniku większej prędkości kabiny skraca się czas pracy urządzenia i równocześnie zwiększa czas postoju – objaśnia wiceszef SM. – W ostatnich ośmiu urządzeniach dźwigowych montowanych na zlecenie spółdzielni zastosowano mechanizm stwarzający możliwość wykorzystania „odzyskanej energii” do innych celów niż na potrzeby własne dźwigów. Odzyskana energia będzie wykorzystana do oświetlenia klatek schodowych czy zasilania instalacji domofonowej – dodaje.

Jak podkreśla Marek Drwiła, współpraca z WFOŚiGW w Katowicach przebiega pomyślnie, pomimo coraz większej konkurencji wśród podmiotów ubiegających się o pożyczki na cele proekologiczne. – Wszystkie złożone do tej pory wnioski zostały rozpatrzone pozytywnie – cieszy się. – „Strzecha” współpracuje z WFOŚiGW w Katowicach od 2012 roku. W ramach współpracy otrzymano już siedem pożyczek, z czego trzy częściowo umorzono na łączną kwotę 631 tysięcy złotych, a cztery są w trakcie spłaty. W chwili obecnej spółdzielnia aplikuje o otrzymanie kolejnych dwóch pożyczek. Jedna dotyczy współfinansowania wymiany kolejnych dziesięciu sztuk dźwigów, druga prac termomodernizacyjnych związanych z dociepleniem stropodachów lub dachów trzynastu budynków (w zależności od przyjętej technologii) oraz modernizacji instalacji centralnego ogrzewania osiemnastu budynków. W ramach otrzymanych pożyczek wykonywano także kompleksowo prace termomodernizacyjne w pawilonach handlowo-usługowych, których zakres obejmował między innymi docieplenie ścian zewnętrznych i dachów, wymianę stolarki drzwiowej i okiennej oraz modernizację instalacji centralnego ogrzewania. Z otrzymanych kwot spółdzielnia dofinansowała także wymianę wymienników ciepła, które są własnością spółdzielni – wylicza Piotr Batkowski, kierownik działu zarządzania nieruchomościami w SM „Strzecha”.

(mk)


MaRysia z Węgierskiej Górki

Na wiosnę w domu

Pamiętacie MaRysię, która jesienią ubiegłego roku trafiła do Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt „Mysikrólik” w Bielsku-Białej? Młoda rysica ma się dobrze, a gdy skończy się zima, wróci do swojego naturalnego środowiska.

Wszystko zaczęło się od tego, że Stowarzyszenie dla Natury „Wilk” z Twardorzeczki w gminie Lipowa otrzymało od Nadleśnictwa Węgierska Górka informację, że po tej ostatniej miejcowości błąka się mały ryś. Na początek ludzie z „Wilka” sprawdzili, czy zwierzak to faktycznie ryś. Kiedy okazało się, że tak – stowarzyszenie z Twardorzeczki skontaktowało się z „Mysikrólikiem” i jedną z bielskich lecznic weterynaryjnych. Przedstawiciele tej trójki ruszyli wspólnie do Węgierskiej Górki szukać zwierzaka.

Około 5-miesięczną i wychudzoną rysiczkę udało się szybko zlokalizować i schwytać. Przebywała w opuszczonym budynku z ogrodem, w towarzystwie kilku bezdomnych kotów. Zaraz potem trafiła do „Mysikrólika”, którego zadaniem jest dbałość o jej dobrą kondycję i zdrowie.

– Kiedy pojawiła się w ośrodku, trzeba było w przeznaczonym dla niej boksie szybko zrobić las – mówi Sławomir Łyczko, który wraz żoną Agnieszką prowadzi ośrodek. Z tego względu pojawiły się w nim korzenie i konary drzew, aby mogła skakać i szałas z gałęzi jodły, aby miała gdzie się schronić. Na górę zarzucono siatkę maskującą, a całą konstrukcję boksu wzmocniono i uzbrojono, aby uniemożliwić rysicy ucieczkę.

W „Wilku” i „Mysikróliku” od początku zakładano, że MaRysia trafi z powrotem na wolność. – Dlatego nasze zadanie to opieka nad kocicą, a nie jej oswajanie. Z tego powodu przebywa w swoim boksie bez kontaktu z człowiekiem – poza mną w bardzo okrojonym zakresie. Moja rola ogranicza się do podawania jej jedzenia oraz do wymiany kart SD, czy baterii w fotopułapkach (kamery, które filmują MaRysię – przyp. red.) – opowiada pan Sławomir. Tylko w ten sposób można ją podejrzeć, bowiem nikomu – nawet szefowi „Mysikrólika” – nie pokaże się tak, aby można było ją sfotografować. – Kiedy zbliżam się do boksu, ucieka do swojego szałasu, a gdy wejdę do środka i znajdę się zbyt blisko jej schronienia, zaczyna stamtąd dobiegać tygrysie warczenie – opisuje i przyznaje, że czuje się wtedy nieswojo.

Boks MaRysi przylega do domku gospodarczego, w którym można ją zamknąć, aby spokojnie sprzątnąć lokum, wnieść jedzenie czy wymienić wodę. Jednak nasz rozmówca mówi, że zagnanie kocicy w to miejsce nie jest łatwym zadaniem. Dlatego zwykle wchodzi do jej boksu bardzo ostrożnie, na bieżąco oceniając sytuację. – Kontakt wzrokowy mógłby sprowokować u MaRysi strach lub nawet agresję. Przebywając wewnątrz nie patrzę jej więc w oczy. Dzięki temu myśli, że jej nie widzę i ma poczucie, że jest dobrze zakamuflowana – uśmiecha się.
Podpytywany o to, kiedy kocica zostanie wypuszczona na wolność odpowiada, że zależy to od ustaleń z „Wilkiem”. – Mogę tylko powiedzieć, że pewno będzie to na wiosnę, bo wtedy las zapewni jej bazę pokarmową – mówi.

Potwierdza to Sabina Pierużek-Nowak, prezes stowarzyszenia „Wilk”. – Jesteśmy w tym względzie uzależnieni od warunków pogodowych, od tego jak długo potrwa zima oraz jak szybko zaczną przychodzić na świat młode zwierzęta kopytne. Rysica musi na nie polować, aby zapewnić sobie pożywienie – mówi. MaRysia dostanie też na pożegnanie obrożę z nadajnikiem, pozwalającą śledzić jej dalsze losy.

Kiedy nadejdzie moment wypuszczenia jej na wolność, kocica zostanie czasowo uśpiona, włożona do skrzyni z litego drewna z otworami zapewniającymi dostęp powietrza. Skrzynia trafi do samochodu, który wywiezie rysiczkę wysoko w góry, w odpowiednie dla niej miejsce.

U dużych drapieżników – w tym u rysi – matki dzielą się swoim terenem bytowania z córkami, natomiast synowie odchodzą. Zapobiega to m.in. chowowi wsobnemu. Aby stwierdzić, z którą rysicą MaRysia jest spokrewniona – i tym samym zapewnić jej lepszy start (nie będzie wojowania z obcym rysiem o teren) – byłyby potrzebne badania DNA. To jednak niemożliwe, więc pod kątem jej uwolnienia rozpatrywane są dwa miejsca. – Pojawiła się w Węgierskiej Górce albo od strony Beskidu Śląskiego, albo od Żywieckiego i te dwa obszary – w okolicy Węgierskiej Górki – sprawdzamy – mówi Sabina Pierużek-Nowak.Zjawienie się MaRysi w „Mysikróliku” uświadomiło Sławomirowi i Agnieszce Łyczko, że duże drapieżniki – rysie, wilki, a nawet niedźwiedzie – również ulegają zdarzeniom losowym i wymagają pomocy. – Marzymy, aby mieć u podnóża Beskidu Małego boks, w którym można by takie drapieżniki przetrzymać – mówi pan Sławomir. Cały problem w tym, że zbudowanie profesjonalnej, odpowiednio dużej i mocnej woliery wymagałoby wygranej w totolotka. Zatem kto może, niech wesprze „Mysikrólika”. Dzikim zwierzętom będzie lżej.

Beata Stekla


W PSZOK-ach już wiosna

Wraz z nastaniem wiosennej aury wzrósł ogromnie ruch w bielskich Punktach Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych. Najwięcej odpadów przywożonych jest tam w soboty.

To, że wiele osób zaczęło już wiosenne porządki, a i sezon budowlano-remontowy ruszył na dobre, widać zwłaszcza w punkcie działającym przy ulicy Straconki 1 (naprzeciwko CH Gemini Park). Jak nam powiedziano w Zakładzie Gospodarki Odpadami – tradycyjnie cieszy się on wśród bielszczan znacznie większym zainteresowaniem, niż ten usytuowany na terenie wysypiska odpadów w Lipniku. Zdarza się, że PSZOK przy ulicy Straconki odwiedza dziennie nawet kilkaset osób (rekord to 300 klientów w ciągu jednego dnia). Przyjeżdżają, aby pozostawić tam odpady, których nie można wrzucać do zwykłych przydomowych kubłów na śmieci (budowlane, problemowe, wielkogabarytowe niebezpieczne, sprzęt elektrotechniczny). Przypominamy, że to wszystko bielszczanie mogą dostarczyć do PSZOK-u bezpłatnie. Wystarczy przyjechać do punktu osobiście z dowodem tożsamości. Można też wysłać tam z odpadami osobę przez nas do tego upoważnioną. W takim wypadku należy wcześniej wypełnić upoważnienie, którego formularz można pobrać na stronie ZGO.

(map)


Do druku: PDF

E-wydanie