Wydanie nr 7 z dnia 05.04.2018

8 miliardów dla środowiska!

Ćwierćwiecze Funduszu

Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach świętuje w tym roku jubileusz 25 lat istnienia. W czasie ćwierćwiecza swojej działalności wydał na wsparcie setek proekologicznych inicjatyw ponad 8,1 miliardów złotych! Również na Podbeskidziu praktycznie nie ma inwestycji związanej ze środowiskiem, która nie miałaby swojego finansowego lub merytorycznego udziału ze strony katowickiego Funduszu.

– Fundusz ma się bardzo dobrze. Jesteśmy liderem w polityce proekologicznej. Dzięki innowacyjnym działaniom możemy skutecznie edukować i zmieniać naszą rzeczywistość. Kwota, którą wykorzystaliśmy, żeby wcielać w życie ambitne plany, robi wrażenie. Naszym największym celem jest niewątpliwie walka o czyste powietrze, a dotychczasowa współpraca dobrze rokuje na przyszłość – mówi Andrzej Pilot (na zdjęciu), prezes Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach.

Jubileusz był okazją do wręczenia statuetek EkoKarlika 25-lecia. Za aktywne działania na rzecz walki ze smogiem i wprowadzenie uchwały antysmogowej dla regionu wyróżniony został marszałek województwa śląskiego, Wojciech Saługa. Podczas uroczystej gali, która odbyła się w Operze Śląskiej w Bytomiu, nagrodzonych zostało także wiele innych osobistości i partnerów, wraz z którymi fundusz walczy o lepsze środowisko w województwie śląskim. Złotymi i srebrnymi odznakami za zasługi dla województwa śląskiego uhonorowani zostali także pracownicy WFOŚiGW.

Powstały w 1993 roku katowicki Fundusz jest publiczną instytucją finansową, realizującą politykę ekologiczną województwa śląskiego. Jego działalność koncentruje się na wspieraniu działań proekologicznych, podejmowanych nie tylko przez samorządy, ale także przedsiębiorców, instytucje i organizacje pozarządowe. Fundusz zarządza ponadto europejskimi środkami ukierunkowanymi na ochronę środowiska i gospodarkę wodną.

(kredo)


Palą plastik, meble i odpady gumowe

Ekopatrol wlepia mandaty

Czechowicki ekopatrol przyłapał na gorącym uczynku mieszkańca, który – jakby to było najnormalniejsze w świecie – palił śmieci między posesjami. A także jeszcze większego gagatka, który do kotła wrzucał nawet gumę i meble.

Do zdarzenia doszło 13 marca przy ulicy Legionów w Czechowicach-Dziedzicach. W tym rejonie działał ekopatrol, złożony ze strażników miejskich i pracowników Wydziału Ochrony Środowiska w Urzędzie Miejskim. Zajmował się kontrolą posesji pod względem przyłączenia ich do kanalizacji. Jednak uwagę patrolu w rejonie ulicy Stawowej zwróciły kłęby dymu, dobywające się z terenu nowo wybudowanych nieruchomości.

Na miejscu okazało się że jeden z pracowników budowy postanowił spalić na powierzchni ziemi odpady budowlane. Do ognia wrzucał między innymi worki po cemencie, plastiki i folię (foto). Nie mógł liczyć na pobłażanie strażników miejskich. Wlepiono mu 500-złotowy mandat.

Tuż po tej interwencji, przy ulicy Leśnej, natknięto się na kolejne nielegalne ognisko. Tym razem mieszkanka wypalała odpady po drzewach iglastych. I ona otrzymała mandat, a dodatkowo radę, że może postawić kompostowniki, który w Czechowicach-Dziedzicach rozdawane są za darmo w ratuszu.

To niejedyne ostatnie sukcesy ekopatrolu. Najbardziej skandaliczne praktyki uskuteczniał mieszkaniec ulicy Łęgowej, którego przyłapano 7 marca. W jego garażu była koza, w której palił węglem, miałem węglowym i odpadami… gumowymi. Strażnik miejski wyciągnął z pieca kawał ciągnącej się i cuchnącej gumy! W piecu były ponadto spore ilości niestrawionych przez płomienie odpadów metalowych. Mieszkaniec miał jednak o wiele większą fantazję. Wiadro z węglem zalał bowiem… ropą. Nawet w domu mężczyzny nie było lepiej. Do kotła wrzucał co popadnie: wilgotne drewno, miał węglowy i węgiel. Metalowe odpady w palenisku wskazywały na to, że palił nawet starymi meblami. Co znamienne, gospodarz ani myślał przyjąć mandatu. Strażnicy sporządzili więc do sądu wniosek o jego ukaranie.

(mk)


Czechowice wspierają Bielsko, bo…

Smog nie zna granic

Burmistrz Czechowic-Dziedzic wystąpi do premiera o uwzględnienie gminy w rządowym pilotażowym programie termomodernizacji „Stop smog”. Zauważa jednocześnie, że program walki ze smogiem nie ma większego sensu, jeśli pominie Bielsko-Białą.

27 marca Rada Miejska w Czechowicach-Dziedzicach podjęła uchwałę w sprawie rozpoczęcia starań o udział w programie „Stop smog”. – Gmina graniczy bezpośrednio z Bielskiem-Białą, Goczałkowicami-Zdrojem i Pszczyną. Na liście najbardziej zanieczyszczonych miast znalazły się Bielsko-Biała i Pszczyna. Biorąc pod uwagę położenie naszej gminy względem tych miast oraz kierunek rozprzestrzeniania się zanieczyszczeń, istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo występowania przekroczeń pyłu zawieszonego oraz silnie rakotwórczego benzo-a-pirenu. Ten fakt potwierdza prowadzony monitoring przez Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska w Katowicach w zakresie modelowego rozprzestrzeniania się zanieczyszczeń. Gmina Czechowice-Dziedzice liczy ponad 43 tysiące mieszkańców i nie posiada na swoim terenie żadnej stacji pomiarowej pomimo wystąpień do WIOŚ. Brak jej lokalizacji z pewnością zadecydował, że gmina nie znalazła się na liście najbardziej zanieczyszczonych w kraju – tłumaczy burmistrz Marian Błachut (na zdjęciu).

Gospodarz gminy uważa, że tak zwane tło zanieczyszczeń wynosi około połowę ich całkowitej wartości. Mówi, że nawet jeśli w gminie pozbyto by się wszelkich źródeł zanieczyszczeń, to problem z zanieczyszczonym powietrzem zostanie ograniczony tylko o połowę. A smog i tak przyjdzie od sąsiadów. Dlatego działaniami antysmogowymi powinno być objęte także Bielsko, choć nie spełnia rządowego kryterium miasta z zaludnieniem poniżej stu tysięcy. – Zanieczyszczone powietrze nie zna granic – stwierdza.

(mk)


Maski dla parkingowych

Złudna ochrona?

Wiceprzewodniczący Rady Miejskiej w Bielsku-Białej Przemysław Drabek złożył na ręce prezydenta miasta wniosek, aby Urząd wyposażył w maski antysmogowe pracowników służb miejskich, którzy w związku z charakterem swojej pracy wiele godzin muszą spędzać na powietrzu.

Chodzi głównie o parkingowych, strażników miejskich oraz osoby przeprowadzające dzieci przez przejścia dla pieszych przy szkołach. Pomysł swój argumentował złym stanem powietrza w mieście. Ochrona taka – jak zauważył – byłaby szczególnie przydatna w okresach, gdy ogłaszany jest alert smogowy i przebywanie w tym czasie na zewnątrz może mieć bardzo negatywne konsekwencje dla zdrowia. Tymczasem pracownicy, o których mowa, chcąc nie chcąc muszą wdychać te zanieczyszczenia. Maski w jego ocenie trzeba traktować jako część ubioru ochronnego, w który zgodnie z przepisami BHP pracodawca jest zobowiązany wyposażyć swoich pracowników. Co na to ratusz?

Na razie oficjalnego stanowiska w tej sprawie władze miasta nie zajęły. Żadne decyzje więc jeszcze nie zapadły, a sprawa – jak usłyszeliśmy od Tomasza Ficonia, rzecznika magistratu, jest analizowana i już niedługo wiceprzewodniczący otrzyma oficjalną odpowiedź.

Jest jednak coś, o czym już warto wspomnieć. Otóż maski antysmogowe, a dokładniej półmaski filtrujące (tak są oficjalnie nazywane), szturmem zdobywają zwolenników. Coraz częściej można spotkać na ulicach osoby z taką ochroną na twarzy. Na rynku pojawia się coraz więcej wzorów i rodzajów półmasek filtrujących, a producenci prześcigają się w uatrakcyjnianiu tej swego rodzaju części garderoby. Problem w tym, że maski nie są tanie (bardziej wypasione modele kosztują grubo ponad 100 złotych), a ich skuteczność jest wątpliwa. Udowodniły to badania, jakie całkiem niedawno przeprowadził Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Kontroli poddano 12 losowo wybranych masek 10 różnych typów. I okazało się, że 5 nie spełniało żadnych standardów, a 2 najbardziej istotnych wymagań, jakie ochronę taką powinny cechować. Aby maska była skuteczna, jej filtr musi bowiem wyłapywać pyły o bardzo małej gradacji (PM2.5 i PM 10), a także szczelnie przylegać do twarzy, a nie tylko fajnie wyglądać. Tymczasem – jak się okazuje – wiele masek i to nawet renomowanych producentów, nie do końca radzi sobie z tymi wyzwaniami. Zakup takiego zabezpieczenia może się więc okazać wyłącznie wydaniem kasy na modny, lecz nieużyteczny gadżet…

(map)


Do druku: PDF

Wydanie nr 6 z dnia 22.03.2018

Ze wsparciem Funduszu

Kolejne ekowindy

Nowoczesne windy, które są nie tylko szybkie i estetyczne, ale też… odzyskują prąd, dzięki czemu zasilają oświetlenie klatki schodowej i instalację domofonową? To nie melodia przyszłości. Taki sprzęt w swoich budynkach montuje bielska „Strzecha”. Do tej ekologicznej inwestycji dokłada się Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach.
W latach 2016-17 Spółdzielnia Mieszkaniowa „Strzecha” z Bielska-Białej zamontowała już dziewiętnaście nowych wind. Koszt inwestycji w budynkach wielorodzinnych wyniósł wtedy 2,35 miliona złotych. Na ten cel władze spółdzielni pozyskały pożyczkę z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach w wysokości 615 tysięcy złotych.
„Strzecha” nie zwalnia tempa, bo w tym roku przewiduje wymianę kolejnych dziesięciu wind, co ma kosztować 1,42 miliona złotych. I tym razem ma się to odbyć z wykorzystaniem środków zewnętrznych. Wszystko wskazuje na to, że spółdzielnia sięgnie po kolejną preferencyjną pożyczkę z katowickiego Funduszu w wysokości 336 tysięcy złotych.

W przyszłości zarząd spółdzielni będzie się starał o wymianę kolejnych osiemnastu wind. Przewiduje, że nowoczesne urządzenia dźwigowe będzie miało w sumie aż 48 budynków, choć windy wcześniej remontowane w części też generują oszczędności.

Jak tłumaczy Marek Drwiła, zastępca prezesa ds. gospodarki zasobami w „Strzesze”, głównym elementem wpływającym na poprawę efektu ekologicznego jest wymiana silnika windy. Stare mają moc 5,5 kilowata, a nowe – 3,3 kW. Taka zmiana powoduje nawet kilkukrotny spadek zużycia energii elektrycznej. – Innym czynnikiem wpływającym na zmniejszenie zużycia energii jest wymiana opraw oświetleniowych kabiny windy. Duże znaczenie ma również zmiana prędkości windy – dotychczas wynosiła 0,7 metra na sekundę, a obecnie wynosi 1 m/s. Dodatkowo w wyniku większej prędkości kabiny skraca się czas pracy urządzenia i równocześnie zwiększa czas postoju – objaśnia wiceszef SM. – W ostatnich ośmiu urządzeniach dźwigowych montowanych na zlecenie spółdzielni zastosowano mechanizm stwarzający możliwość wykorzystania „odzyskanej energii” do innych celów niż na potrzeby własne dźwigów. Odzyskana energia będzie wykorzystana do oświetlenia klatek schodowych czy zasilania instalacji domofonowej – dodaje.

Jak podkreśla Marek Drwiła, współpraca z WFOŚiGW w Katowicach przebiega pomyślnie, pomimo coraz większej konkurencji wśród podmiotów ubiegających się o pożyczki na cele proekologiczne. – Wszystkie złożone do tej pory wnioski zostały rozpatrzone pozytywnie – cieszy się. – „Strzecha” współpracuje z WFOŚiGW w Katowicach od 2012 roku. W ramach współpracy otrzymano już siedem pożyczek, z czego trzy częściowo umorzono na łączną kwotę 631 tysięcy złotych, a cztery są w trakcie spłaty. W chwili obecnej spółdzielnia aplikuje o otrzymanie kolejnych dwóch pożyczek. Jedna dotyczy współfinansowania wymiany kolejnych dziesięciu sztuk dźwigów, druga prac termomodernizacyjnych związanych z dociepleniem stropodachów lub dachów trzynastu budynków (w zależności od przyjętej technologii) oraz modernizacji instalacji centralnego ogrzewania osiemnastu budynków. W ramach otrzymanych pożyczek wykonywano także kompleksowo prace termomodernizacyjne w pawilonach handlowo-usługowych, których zakres obejmował między innymi docieplenie ścian zewnętrznych i dachów, wymianę stolarki drzwiowej i okiennej oraz modernizację instalacji centralnego ogrzewania. Z otrzymanych kwot spółdzielnia dofinansowała także wymianę wymienników ciepła, które są własnością spółdzielni – wylicza Piotr Batkowski, kierownik działu zarządzania nieruchomościami w SM „Strzecha”.

(mk)


MaRysia z Węgierskiej Górki

Na wiosnę w domu

Pamiętacie MaRysię, która jesienią ubiegłego roku trafiła do Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt „Mysikrólik” w Bielsku-Białej? Młoda rysica ma się dobrze, a gdy skończy się zima, wróci do swojego naturalnego środowiska.

Wszystko zaczęło się od tego, że Stowarzyszenie dla Natury „Wilk” z Twardorzeczki w gminie Lipowa otrzymało od Nadleśnictwa Węgierska Górka informację, że po tej ostatniej miejcowości błąka się mały ryś. Na początek ludzie z „Wilka” sprawdzili, czy zwierzak to faktycznie ryś. Kiedy okazało się, że tak – stowarzyszenie z Twardorzeczki skontaktowało się z „Mysikrólikiem” i jedną z bielskich lecznic weterynaryjnych. Przedstawiciele tej trójki ruszyli wspólnie do Węgierskiej Górki szukać zwierzaka.

Około 5-miesięczną i wychudzoną rysiczkę udało się szybko zlokalizować i schwytać. Przebywała w opuszczonym budynku z ogrodem, w towarzystwie kilku bezdomnych kotów. Zaraz potem trafiła do „Mysikrólika”, którego zadaniem jest dbałość o jej dobrą kondycję i zdrowie.

– Kiedy pojawiła się w ośrodku, trzeba było w przeznaczonym dla niej boksie szybko zrobić las – mówi Sławomir Łyczko, który wraz żoną Agnieszką prowadzi ośrodek. Z tego względu pojawiły się w nim korzenie i konary drzew, aby mogła skakać i szałas z gałęzi jodły, aby miała gdzie się schronić. Na górę zarzucono siatkę maskującą, a całą konstrukcję boksu wzmocniono i uzbrojono, aby uniemożliwić rysicy ucieczkę.

W „Wilku” i „Mysikróliku” od początku zakładano, że MaRysia trafi z powrotem na wolność. – Dlatego nasze zadanie to opieka nad kocicą, a nie jej oswajanie. Z tego powodu przebywa w swoim boksie bez kontaktu z człowiekiem – poza mną w bardzo okrojonym zakresie. Moja rola ogranicza się do podawania jej jedzenia oraz do wymiany kart SD, czy baterii w fotopułapkach (kamery, które filmują MaRysię – przyp. red.) – opowiada pan Sławomir. Tylko w ten sposób można ją podejrzeć, bowiem nikomu – nawet szefowi „Mysikrólika” – nie pokaże się tak, aby można było ją sfotografować. – Kiedy zbliżam się do boksu, ucieka do swojego szałasu, a gdy wejdę do środka i znajdę się zbyt blisko jej schronienia, zaczyna stamtąd dobiegać tygrysie warczenie – opisuje i przyznaje, że czuje się wtedy nieswojo.

Boks MaRysi przylega do domku gospodarczego, w którym można ją zamknąć, aby spokojnie sprzątnąć lokum, wnieść jedzenie czy wymienić wodę. Jednak nasz rozmówca mówi, że zagnanie kocicy w to miejsce nie jest łatwym zadaniem. Dlatego zwykle wchodzi do jej boksu bardzo ostrożnie, na bieżąco oceniając sytuację. – Kontakt wzrokowy mógłby sprowokować u MaRysi strach lub nawet agresję. Przebywając wewnątrz nie patrzę jej więc w oczy. Dzięki temu myśli, że jej nie widzę i ma poczucie, że jest dobrze zakamuflowana – uśmiecha się.
Podpytywany o to, kiedy kocica zostanie wypuszczona na wolność odpowiada, że zależy to od ustaleń z „Wilkiem”. – Mogę tylko powiedzieć, że pewno będzie to na wiosnę, bo wtedy las zapewni jej bazę pokarmową – mówi.

Potwierdza to Sabina Pierużek-Nowak, prezes stowarzyszenia „Wilk”. – Jesteśmy w tym względzie uzależnieni od warunków pogodowych, od tego jak długo potrwa zima oraz jak szybko zaczną przychodzić na świat młode zwierzęta kopytne. Rysica musi na nie polować, aby zapewnić sobie pożywienie – mówi. MaRysia dostanie też na pożegnanie obrożę z nadajnikiem, pozwalającą śledzić jej dalsze losy.

Kiedy nadejdzie moment wypuszczenia jej na wolność, kocica zostanie czasowo uśpiona, włożona do skrzyni z litego drewna z otworami zapewniającymi dostęp powietrza. Skrzynia trafi do samochodu, który wywiezie rysiczkę wysoko w góry, w odpowiednie dla niej miejsce.

U dużych drapieżników – w tym u rysi – matki dzielą się swoim terenem bytowania z córkami, natomiast synowie odchodzą. Zapobiega to m.in. chowowi wsobnemu. Aby stwierdzić, z którą rysicą MaRysia jest spokrewniona – i tym samym zapewnić jej lepszy start (nie będzie wojowania z obcym rysiem o teren) – byłyby potrzebne badania DNA. To jednak niemożliwe, więc pod kątem jej uwolnienia rozpatrywane są dwa miejsca. – Pojawiła się w Węgierskiej Górce albo od strony Beskidu Śląskiego, albo od Żywieckiego i te dwa obszary – w okolicy Węgierskiej Górki – sprawdzamy – mówi Sabina Pierużek-Nowak.Zjawienie się MaRysi w „Mysikróliku” uświadomiło Sławomirowi i Agnieszce Łyczko, że duże drapieżniki – rysie, wilki, a nawet niedźwiedzie – również ulegają zdarzeniom losowym i wymagają pomocy. – Marzymy, aby mieć u podnóża Beskidu Małego boks, w którym można by takie drapieżniki przetrzymać – mówi pan Sławomir. Cały problem w tym, że zbudowanie profesjonalnej, odpowiednio dużej i mocnej woliery wymagałoby wygranej w totolotka. Zatem kto może, niech wesprze „Mysikrólika”. Dzikim zwierzętom będzie lżej.

Beata Stekla


W PSZOK-ach już wiosna

Wraz z nastaniem wiosennej aury wzrósł ogromnie ruch w bielskich Punktach Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych. Najwięcej odpadów przywożonych jest tam w soboty.

To, że wiele osób zaczęło już wiosenne porządki, a i sezon budowlano-remontowy ruszył na dobre, widać zwłaszcza w punkcie działającym przy ulicy Straconki 1 (naprzeciwko CH Gemini Park). Jak nam powiedziano w Zakładzie Gospodarki Odpadami – tradycyjnie cieszy się on wśród bielszczan znacznie większym zainteresowaniem, niż ten usytuowany na terenie wysypiska odpadów w Lipniku. Zdarza się, że PSZOK przy ulicy Straconki odwiedza dziennie nawet kilkaset osób (rekord to 300 klientów w ciągu jednego dnia). Przyjeżdżają, aby pozostawić tam odpady, których nie można wrzucać do zwykłych przydomowych kubłów na śmieci (budowlane, problemowe, wielkogabarytowe niebezpieczne, sprzęt elektrotechniczny). Przypominamy, że to wszystko bielszczanie mogą dostarczyć do PSZOK-u bezpłatnie. Wystarczy przyjechać do punktu osobiście z dowodem tożsamości. Można też wysłać tam z odpadami osobę przez nas do tego upoważnioną. W takim wypadku należy wcześniej wypełnić upoważnienie, którego formularz można pobrać na stronie ZGO.

(map)


Do druku: PDF

Wydanie nr 5 z dnia 08.03.2018

Pod Szyndzielnią mierzą dokładnie

Czerwony smog

Początkiem roku zaczęła działać w Bielsku-Białej kolejna – już trzecia – stacja monitorująca zanieczyszczenie powietrza, należąca do Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Zainstalowano ją w centrum miasta – przy ulicy Partyzantów, w pobliżu galerii Gemini Park.

Ma badać poziom zanieczyszczeń emitowanych przez samochody (pobliskie skrzyżowanie ulicy Partyzantów z aleją Andersa oraz ulicą Bora-Komorowskiego to jedno z najbardziej ruchliwych miejsc w całym mieście), jednak stacja mierzy także to, co do atmosfery wylatuje z przydomowych kotłowni. Można więc założyć, że odczyty z czujników tam zainstalowanych pokazują dokładnie sytuację panującą w najbardziej chyba zanieczyszczonym punkcie miasta.

Stacja przy ulicy Partyzantów – podobnie jak ta przy ulicy Kossak-Szczuckiej – dokonuje pomiarów w sposób automatyczny. Wyniki są dostępne z godzinnym poślizgiem w Internecie na stronie katowickiego WIOŚ (http://www.katowice.pios.gov.pl/ zakładka śląski monitoring powietrza). Każdy może więc na bieżąco śledzić, jak wygląda sytuacja smogowa w mieście. Wyniki obrazują poziom tlenków azotu oraz węgla, a także pyłu zawieszonego PM2.5 w powietrzu, którym w danej chwili oddychają bielszczanie.

WIOŚ przyjął metodę obrazowania danych z użyciem indeksu jakości powietrza (wyliczany jest on przy użyciu algorytmu, pozwalającego na sklasyfikowanie stanu jakości powierza w skali od 0 do 10). Metoda ta w bardzo przystępny sposób pokazuje czy jest dobrze, przeciętnie, czy źle. Przyjęto siedem poziomów jakości powietrza – od bardzo dobrej (indeks od 0 do 1) do bardzo złej (powyżej 10). Wszystkie poziomy oznaczono kolorami, zatem interpretacja wyników nawet dla laika jest bardzo prosta. Kolor zielony – należy się cieszyć i bez obaw wyjść na spacer z dzieckiem. Brunatny – lepiej nie wychodzić z domu i pozamykać okna.

Gdy w poniedziałek rano, 26 lutego, (mróz był tęgi) zerknęliśmy na stronę WIOŚ, ikonka obrazująca stację przy ulicy Partyzantów świeciła się na czerwono (foto), co oznaczało złą jakość powietrza (indeks od 7 do 10). Sytuacja zmienia się oczywiście na bieżąco i warto śledzić to samemu. Istotne wydaje się jednak coś innego. W tym samym czasie druga z automatycznych stacji pokazywała bardziej optymistyczne dane. Tam sytuacja nie wyglądała tak tragicznie. Ikonka była żółta. Oznaczało to umiarkowany stopień zanieczyszczeń (indeks od 3 do 5). Przykładowo dla pyłu zawieszonego PM2.5 oznacza to, że jest go w powietrzu od 37 do 60 mikrogramów w metrze sześciennym. Tymczasem, gdy mowa o złej jakości powietrza, pyłu tego może być od 85 do 120 mikrogramów na metr sześcienny. Czyli o dwa razy więcej.

I nie była to jednorazowa sytuacja. Od momentu uruchomienia stacji przy ulicy Partyzantów pozyskiwane tam wyniki są bardziej alarmistyczne od tych mierzonych poza centrum miasta, w stacji przy ulicy Kossak-Szczuckiej. Potwierdza to tezę, że jakość powietrza badana jest rzetelnie, a wyniki pomiarów zależą w dużym stopniu od miejsca ustawienia czujnika.
Śledząc na bieżąco jak kształtuje się sytuacja smogowa w Bielsku-Białej można odnieść wrażenie, że w porównaniu z ubiegłym rokiem wygląda ona lepiej. Możliwe, że dość wietrzna aura sprawia, iż zanieczyszczenia są znad miasta szybciej wywiewane i rozpraszane na większym obszarze.

Trzecia z bielskich WIOŚ-owskich stacji działa na osiedlu Beskidzkim, gdzie bada się głównie stężenie pyłu zawieszonego PM2.5. Jest to stacja manualna, co oznacza, że pył wychwytywany jest przez specjalne filtry, których zawartość jest – po zdemontowaniu i przewiezieniu do laboratorium – ważona i analizowana metodami laboratoryjnymi. Stąd też wyniki tych pomiarów nie są wrzucane do sieci online.

(map)


Bielskie starostwo: będzie jaśniej i taniej

Ledowe starostwo

Ponad 400 tysięcy złotych Starostwo Powiatowe w Bielsku-Białej otrzyma z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach na montaż energooszczędnego oświetlenia.

Władze powiatu bielskiego postanowiły w tym roku przeprowadzić podstawowe prace remontowe pomieszczeń Starostwa Powiatowego przy ulicy Piastowskiej. Najważniejszą częścią przedsięwzięcia jest remont starej instalacji elektrycznej oraz montaż energooszczędnego oświetlenia, co w sumie ma kosztować 922 tysiące złotych.

Starostwo wyodrębniło zadanie związane z wymianą oświetlenia i z sukcesem sięgnęło po środki z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach. Zaciągnie 400-milionową pożyczkę na preferencyjnych warunkach, która będzie spłacana w latach 2019-22. Co więcej, udało się pozyskać bezzwrotną dotację w wysokości 26 tysięcy złotych.
Jak tłumaczy sekretarz powiatu Halina Kopeć, nowoczesne oświetlenie ledowe przyczyni się nie tylko do zwiększenia jakości światła i lepszych warunków pracy, ale przede wszystkim do mniejszego zużycia prądu i obniżenia kosztów.

Przetarg na to zadanie został już rozstrzygnięty i prace ruszyły. Wymiana starego wyposażenia i instalacji rozpoczęła się od czwartego piętra i będzie sukcesywnie prowadzona aż do parteru. Remont potrwa do końca października.

(mk)


Czechowiccy społecznicy

Pomogą zwierzętom

Organizacje społeczne będą pełnoprawnym partnerem czechowickiego Urzędu Miejskiego podczas realizacji programu opieki nad zwierzętami.

20 lutego Rada Miejska w Czechowicach-Dziedzicach przyjęła „Program opieki nad zwierzętami bezdomnymi oraz zapobiegania bezdomności zwierząt na terenie gminy na 2018 rok”. Zapisano tam, że będzie realizowany przy współudziale społecznych opiekunów kotów żyjących na wolności. Co więcej, program zakłada, że organizacje społeczne mogą podejmować interwencje w sprawie kotów, gdy zajdzie taka potrzeba. Na dodatek w wydziale ochrony środowiska i rolnictwa w urzędzie opiekunowie kotów mogą otrzymać karmę dla swoich podopiecznych.

Naczelnik wydziału ochrony środowiska Bernadetta Klimek podkreśla, że szczególne zainteresowanie taką działalnością wykazuje lokalne stowarzyszenie Mam Kota na Punkcie Psa.

(mk)


Jasienica: panele w 116 budynkach

Rusza montaż solarów

Dzięki trzymilionowej dotacji zainstalowanie solarów będzie wymagało tylko 21-procentowego wkładu własnego. Wkrótce rozpocznie się montaż paneli w ponad stu budynkach na terenie gminy Jasienica.

Jak informuje wójt Janusz Pierzyna, pierwszy etap programu „Słoneczna gmina” będzie wsparty dofinansowaniem z Urzędu Marszałkowskiego, które wynosi prawie trzy miliony złotych. Pozwoli to na sfinansowanie 79 procent kosztów budowy instalacji fotowoltaicznych. Dotyczy to głównie 116 prywatnych budynków, na których będą zainstalowane urządzenia o mocy 3 lub 5 kW. Co więcej, panele zostaną zamontowane na 13 obiektach użyteczności publicznej. – Pozwolą znacznie ograniczyć zużycie energii elektrycznej i wykorzystanie konwencjonalnego ogrzewania. Przy tak wysokim dofinansowaniu do niemałych kosztów inwestycji, nasz wkład pieniężny w montaż paneli zwróci się w ciągu około siedmiu lat – szacuje wójt.

Jak policzono w Urzędzie Gminy, na samorządowych budynkach zostanie zamontowanych 608 paneli o łącznej mocy 182 kW, a na budynkach prywatnych – blisko 1,4 tysiąca paneli o mocy 418 kW.

(mk)


Do pobrania: PDF